wtorek, 4 lipca 2017

„Największe powodzenie miała Frydzia”.Pielęgniarka wyznaje,jak bawiono się w przedwojennych psychiatrykach

Nikt nie trzymał pacjentów w klatkach,nie poprawiał im humoru przez lobotomię ani nie faszerował lekami uspokajającymi.Umysłowo chorzy mieli rozrywek pod dostatkiem.I często bawili się razem z…personelem medycznym.Janina Sroka całe swoje życie spędziła w Kobierzynie.Pracowała tam już w latach 30,jako salowa i pomoc pielęgniarska.Pracowała nadal w latach 80 w roli emerytowanej,ale niezmiennie związanej z placówką pielęgniarki.Dzięki jej unikalnym wspomnieniom można poznać prawdziwy obraz słynnego krakowskiego zakładu dla umysłowo chorych.Relacja Janiny Sroki właśnie ukazała się na kartach książki„Można oszaleć.Osobliwy świat szpitala psychiatrycznego”.Pielęgniarka szczerze opowiadała o tym,jak dawniej traktowano szczególnie znękanych i porywczych pacjentów.Zrelacjonowała też jednak codzienne życie szpitala.W tym także rozrywki,jakie zapewniano hospitalizowanym osobom.W soboty i niedziele popołudniami,pacjenci i służba szpitalna urządzali wspólne zabawy.Bo personel mieszkał przecież tu,w obiektach wzniesionych dla pracowników.W budynku specjalnie przeznaczonym na teatr odbywały się występy zespołu teatralnego szpitala i prezentacje zaproszonym grup.Szpital miał własną orkiestrę,a właściwie dwie orkiestry.Osobny zespół tworzyła kadra,osobny uzdolnienie muzycznie pacjenci.Janina Sroka podkreślała,że„pacjenci też potrafią się bawić”.
Dawali temu wyraz szczególnie podczas tanecznych wieczorów:
Największe powodzenie miała Frydzia,przebywała tu przez całe lata.Była Czeszką z pochodzenia,do końca kaleczyła mowę polską.Ubierała się w krakowski strój,nakładała gorset,spódniczkę w kwiatki,fartuszek i korale,które kupiła jej służba zakładowa i szła w tany z takim jak ona chorym,zezowatym chłopakiem.Świetnie tańczyli,wszystkich bawili tym tańcem i śpiewem.Frydzia tryskała radością,śpiewała czeskie przyśpiewki.Chyba miała zmysł artystyczny,bo szyła w warsztacie piękne lalki. Pielęgniarka podkreślała,że podczas zabaw nikogo nie wykluczano.Nawet chorzy z zaburzeniami nastroju nagle„ożywiali się,tańczyli,zalecali do siebie”.
To zaś wymagało od personelu wyjątkowej czujności:
Trzeba było ich pilnować,by nie przebrali miarki,bo przecież to byli mężczyźni i kobiety.Służba też się bawiła z pacjentami,ale równocześnie miała ich na oku.Pacjentom dawano okazję,by sami wystąpili w przedstawieniach.Raz w roku wystawiano też jasełka,organizowane przy specjalnie przygotowanej szopce z figurkami wykonanymi z chleba.Pacjenci dostawali drugorzędne role,Janina Sroka była jednak przekonana,że nawet taki udział w szpitalnych sztukach dawał im ogromną satysfakcję.„To była doskonała terapia”podkreślała.„Szkoda,że dzisiaj rzadziej się ją stosuje”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz