poniedziałek, 13 listopada 2017

Słynnym Dywizjonem 303…dowodził Kanadyjczyk.Jak do tego doszło?

Dla Anglików był obcy,a jego rozrywki hokej,baseball i strzelanie do grzechotników nie były na Wyspach w poważaniu.Znaczenie dystansu kulturowego poznał jednak dopiero,gdy dostał przydział do Dywizjonu 303.I zaczął latać z Polakami.W styczniu 1941 roku dziennikarz„Sunday Times”pisał o nim:Był szczupły,miał łagodne rysy i delikatne dłonie.Jego twarz miała niewiele koloru i tylko dziwna zawziętość zaciśniętych ust przeczyła myśli,że mógłby być poetą lub artystą.[…]Nazywa się major Kent i z wyglądu mógłby być poetą ale nie chciałbym być Niemcem widzącym te oczy i te usta za karabinem!John Kent miał wówczas 27 lat,był zawodowym oficerem Królewskich Sił Powietrznych(RAF),asem lotniczym,uczestnikiem bitwy o Anglię oraz byłym dowódcą jednej z dwóch eskadr wchodzących w skład słynnego już Dywizjonu 303.Pochodził z Kanady,gdzie już jako dziecko zafascynował się lotnictwem,do czego przyczyniły się samoloty z pobliskiego aeroklubu oraz prasowa euforia po przelocie Charlesa Lindbergha z Nowego Jorku do Paryża.W 1933 r.stał się najmłodszym w Kanadzie posiadaczem licencji lotniczej.Wkrótce potem wyemigrował do Wielkiej Brytanii,gdzie wstąpił do lotnictwa myśliwskiego RAF.
Jak sam wspominał w książce„Polacy są najlepsi”:
Czytałem wszystko,co mogłem znaleźć o moich lotniczych bohaterach,takich jak:Barker,Bishop,McLeod,Mannock i McCudden.Najbardziej chyba jak wielu innych zachwycałem się opowieściami o wielkich asach myśliwskich,ale w tamtym czasie nawet mi do głowy nie przyszło,że kiedyś dojdzie do dogodnej wojny,która pozwoli mi wziąć udział w podobnych walkach.
Przez kilka lat Anglicy dawali mu do zrozumienia,że pochodzi z prowincji,jednak udowodnił,że jest odważnym lotnikiem,prowadząc między innymi bardzo niebezpieczne próby z przebijaniem się samolotem przez zapory balonowe.Balony były podczepione do ziemi stalowymi linkami,dlatego eksperymenty kończyły się groźnymi uszkodzeniami skrzydeł,a gdy raz w samolot zaplątała się parusetmetrowa lina,to Kanadyjczyk wylądował w poświacie błękitnej eksplozji,która pojawiła się za jego maszyną.Od pobladłych mechaników dowiedział się,że zahaczył ciągniętą liną o przewód wysokiego napięcia,który zerwał,ale wcześniej spowodował wielkie i efektowne spięcie.Testował też inne nowatorskie środki przeciwlotnicze będące kombinacjami lin,bomb,spadochronów i rakiet.
Pełna przygód droga do dywizjonu myśliwców
Po wybuchu wojny prowadził rozpoznanie lotnicze z dużej wysokości,latając nieuzbrojonym Spitfirem.W czasie kampanii francuskiej startował na szkolnym Tiger Mothcie,ścigając się z niemieckimi bombami,które spadały na opuszczane lotnisko i leciał potem tuż nad wierzchołkami drzew,aby uniknąć hitlerowskich myśliwców.W innej bazie,podczas sprawdzania uszkodzeń brytyjskiego bombowca,ku przerażeniu Kenta i pozostałych obecnych nagle otwarły się drzwi bombowe i ukazał się tkwiący w wyrzutnikach ładunek.Mało tego,tuż za zbiornikiem paliwa odkryto niemiecki pocisk zapalający,który wciąż się tlił.Po klęsce Francji kanadyjski lotnik trafił do Wielkiej Brytanii i czekał na przydział do dywizjonu myśliwskiego.Ostatecznie został dowódcą eskadry w formowanym właśnie polskim Dywizjonie 303.Dowódcą drugiej eskadry mianowano Athola Forbesa,a dowódcą całej jednostki Ronalda Kelletta.Ten pomysł delikatnie mówiąc nie przypadł Kanadyjczykowi do gustu.
Jak pisał w swoich wspomnieniach„Polacy są najlepsi”:
To była chyba ta ostatnia kropla,która przelała czarę goryczy po wszystkich moich wysiłkach dostać przydział do dywizjonu cudzoziemców,który nawet jeszcze nie został utworzony!Miałem tego wszystkiego naprawdę dość i wpadłem w prawdziwe przygnębienie.O polskim lotnictwie wiedziałem tylko tyle,że przetrwało jakieś trzy dni w starciu z Luftwaffe i nie miałem powodu przypuszczać,że latając z Anglii,pokażą się z lepszej strony.
Początkowo,żaden z dowódców nie był zadowolony,uznając przydział za zwyczajne zesłanie.Arkady Fiedler pisał o wątpliwościach Brytyjczyków.Wyspiarzom trudno było pojąć,że obcym,którzy nie dowiedli na co ich stać,powierzono obronę serca Imperium Londynu.Brytyjczycy zresztą i między sobą traktowali się bez większego zaufania do siebie dowodzący Kellett był oficerem rezerwy,zaś podlegający mu Kent i Forbes oficerami zawodowymi.
Dowódcy,instruktorzy,czy nadzorcy?
Wkrótce potem przybyli Polacy.Oni też nie byli szczęśliwi.Samo przydzielanie Brytyjczyków do formowanej właśnie jednostki zostało ocenione pozytywnie.As myśliwski Witold Urbanowicz uważał to za dobry pomysł,zdecydowanie ułatwiający kwestie administracyjne.Problemem był jednak niejasny podział władzy.Jeden z polskich oficerów skarżył się,że nie wiadomo,gdzie kończą się kompetencje Brytyjczyków,a zaczynają polskich dowódców oraz jaka jest faktyczna rola Brytyjczyków.Historyk Adam Zamoyski zaznaczał,że brytyjscy majorowie i kapitanowie mieli w założeniu sprawować dowództwo,Polacy jednak widzieli w nich niewiele więcej niż instruktorów za bardzo zadzierających nosa.Obu nacjom w jednej jednostce nie było łatwo.Nie tylko dlatego,że Polacy chcieli walczyć od razu,a brytyjscy oficerowie wymagali,aby najpierw nauczyli się obsługi nowego sprzętu,radia,taktyki i języka.Trzeba było też opanować maszyny produkcji„Made in England”.Brytyjskie samoloty różniły się sporo od tych,do których przywykli polscy lotnicy.Miały chowane podwozia,posiadały radiostacje,ale także inny układ instrumentów w kokpicie i różnice z rozwiązaniami kontynentalnymi np.manetka gazu działała na odwrót niż w maszynach polskich,czy francuskich,a nawet uchwyt spadochronu był po drugiej stronie.Nieprzyswojenie sobie tej wiedzy groziło prawdziwą katastrofą.Trudności występowały w komunikacji.Z polskimi podwładnymi można było porozumiewać się,przynajmniej na początku,tylko po polsku,francusku lub na migi.Kellett i Forbes nie mieli problemów z francuszczyzną,ale Kent pochodził z kanadyjskiej Manitoby,a nie Québecu i nie znał francuskiego.Jednak znalazł swój sposób na dogadanie się,co docenili podwładni,nadając mu przydomek„Kentski”lub„Kentowski”.
Jak zapisał w swoich wspomnieniach„Polacy są najlepsi”:
Robiłem to tak:wyciągałem jednego czy dwóch pilotów z samolotu i wskazując na maszynę,mówiłem powoli i wyraźnie:„aeroplane”.Zrozumieli,o co chodzi i odpowiedzieli:„samolot”,co zapisałem fonetycznie.Następnie obszedłem samolot dookoła,podając angielskie nazwy różnych części i w odpowiedzi dostając w zamian polskie odpowiedniki.W ten sposób,krok po kroku,opracowałem całą procedurę w języku polskim.Miałem to wszystko spisane fonetycznie na moim notatniku przypinanym na kolanie,korzystając z niego przy wydawaniu poleceń w powietrzu.
Polacy są najlepsi
Brytyjczycy długo nie byli też pewni umiejętności Naszych lotników,ich morale,myśleli,że piloci boją się walki po przegranych w Polsce i Francji.Tymczasem ich podkomendni byli jednymi z najlepszych w Polsce i na świecie,mieli doświadczenie lotnicze i bojowe z dwóch kampanii,zwycięstwa powietrzne osiągnięte na gorszym sprzęcie niż miał przeciwnik.Pałali żądzą zemsty na Niemcach za najazd z września 1939 r.zniszczenie kraju,rozłąkę z najbliższymi,śmierć krewnych i przyjaciół.Denerwowało ich,że szkolenie trwa długo,a rozkazy wydają im wyniośli imperialni oficerowie i okazywali swoje niezadowolenie na wiele sposobów,w tym przez niedbały ubiór rozpięte bluzy,nieregulaminowe koszule i buty co musiało budzić niezadowolenie Kenta,który jak sam podkreślał,był gorącym zwolennikiem wojskowej dyscypliny.Na szczęście,gdy Dywizjon 303 skierowano wreszcie do akcji,Brytyjczycy szybko przekonalisię,jakich znakomitych lotników dostali pod swoje rozkazy.Polacy,świadomi braku doświadczenia swoich dowódców,sami często przejmowali inicjatywę w walce i demonstrowali swój kunszt bojowy,który obfitował w efektowne sukcesy,świętowane potem przy alkoholu wraz z Anglosasami.Rosły przy tym i akcje samego Kenta,który miał mocną głowę.Wspólna walka z wrogiem tworzyła silne więzy.Rosło poczucie braterstwa i wdzięczności dla Polaków.
Jak podkreślał potem Ronald Kellett:
To,że dowodzący tym dywizjonem i eskadrami trzej angielscy piloci przeżyli bitwę[o Anglię],jest ogromną zasługą polskich lotników.
Sam Kent też zawdzięczał życie Polakowi.Raz,atakując niemiecki bombowiec,nagle z przerażeniem dostrzegł,że ma na ogonie Messerschmitta Bf-109.Już za moment przed Niemcem„wystrzelił jak błyskawica”polski Hurricane,który odgonił niebezpieczeństwo.Kent strącił bombowca i na lotnisku dziękował temu,który mu pomógł:Nie ma za co odparł skromnie Zdzisław Hennerberg,po czym dodał:Przy okazji gonił Pana nie jeden Messerschmitt,tylko sześć.Nic dziwnego,że gdy pod koniec 1940 r.brytyjscy oficerowie opuszczali polski Dywizjon,John Kent z początkowego sceptyka zmienił się w wielkiego przyjaciela polskich lotników,z którymi miał się jeszcze zetknąć.W wywiadzie prasowym z 1942 r.przyznał:Jeśli chodzi o myśliwców,Polacy są najlepsi,na swoich samolotach malował potem godło osobiste w postaci polskiego orła na tle kanadyjskiego liścia klonu,na mundurze nosił polską lotniczą gapę nad skrzydełkami RAF,a brytyjskiemu oficerowi,który nie wstał,gdy orkiestra zagrała polski hymn, azał stanąć na baczność i rozkwasił mu nos.Zrobił to w obronie polskiego honoru jak prawdziwy Janek Kentowski.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz